Pokazywanie postów oznaczonych etykietą arcade. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą arcade. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 marca 2016

Zakurzone Studio - część 18 - "Pit Fighter"


Jeśli czytaliście kącik retro kilka tygodni temu to pamiętacie zapewne artykuł w którym nawiązywałem do miejsca, które stało się dla mnie i moich znajomych cyfrowym eldorado. Miejsce to wielbię bezgranicznie, wznosząc je na piedestał kilkanaście lat wstecz, bowiem to ten lokal stworzył solidną konstrukcję dla mojej cyfrowej przygody, która trwa nieprzerwanie do dnia obecnego. Przed Wami potężna porcja materiału!!!


Pamiętam zadymione sale pełne krzyków i głośnych rozmów przy lejącym się strumieniami piwie oraz anonimowe twarze i osoby, które przewijały się tam nieprzerwanie od lat. Jedna z trzech sal z której dochodziły dźwięki zbijanych bilardowych kul była dość obszerną powierzchnią, najczęściej zapełnioną dziećmi i młodzieżą, która jak to zazwyczaj bywało, miała pierwszeństwo w kwestii okupowania poszczególnych stanowisk do grania. Na środku sali stał bilardowy stół a przy jednej ze ścian fliper, natomiast w rogu pomieszczenia znajdował się automat do gier. I to właśnie ten tajemniczy kąt okazał się skrawkiem wielbionej przeze mnie przestrzeni!
  

Wozu na kółkach w środku którego rozkoszowaliśmy się wirtualnymi lokacjami nie było już od kilku lat. Artykuł o tym specyficznym miejscu pisałem kiedyś tutaj. Po miesiącach cyfrowej posuchy, nowego ducha elektronicznej zabawy tknął niespodziewanie znajdujący się nieopodal bar, który oprócz serwowania mocnych trunków, postanowił zaoferować klientom automaty do gier!


Od momentu  którym dowiedziałem się z kolegami, że w miejscówce, którą do tej pory omijałem z daleka, znajdują się stanowiska z grami video, przydrożny pub stał się dla nas najważniejszym obiektem 
w miejscowości. Nie było dnia w którym po szkole przeszlibyśmy obojętnie obok metalowych drzwi, które otwierały się wyjątkowo opornie i zatrzaskiwały z niemałym łoskotem. Jako dzieciaki musieliśmy nieźle się nagimnastykować aby znaleźć się w środku. Po wejściu już tylko parę kroków dzieliło nas od "wirtualnego raju". Za każdym razem kiedy wrota z hukiem zatrzaskiwały się, podchmielone i uśmiechnięte twarze mierzyły wzrokiem nowo przybyłych gości. Jako dziecko zawsze starałem się jak najszybciej przebiegnąć do następnej sali aby uniknąć niepotrzebnych zaczepek i komentarzy ze strony osobników napakowanych procentami, haha!


Od czasu kiedy w lokalu pojawiła się wirtualna inicjatywa, przewinęło się przez tamto miejsce wiele tytułów mniej lub bardziej ciekawych ale pewnego dnia fascynacja automatem sięgnęła szczytu kiedy dorwaliśmy 
z kumplami produkcję Pit Fighter! Zachwytów wśród zainteresowanych nie było końca. W tym okresie co sił pędziłem do lokalu po lekcjach aby zająć stanowisko z grą zanim jeszcze pojawią się tam chłopaki ze starszych klas.

Wparowaliśmy z rówieśnikami z impetem do środka. Ku naszemu zdziwieniu w sali z grami nie było żywej duszy. Zamówiliśmy kilka żetonów i dopadliśmy do stanowiska. Była to dla mnie historyczna chwila, ponieważ wtedy po raz pierwszy zagrałem w produkcję Atari Games z 1990 roku, ponieważ wcześniej nie dopchałem się wśród tłumów do automatu i było mi dane jedynie oglądać z daleka walki starszych kolegów. 


Swego czasu miała miejsce sytuacja w której udało mi się zakupić wyjątkowo sporą ilość doładowań. Potyczkom przyglądał się chłopak kilka lat starszy. Licząc na doprowadzenie przygody do finału, poprosiłem go aby w razie mojej krytycznej sytuacji w grze wrzucał mi żetony. Zgodził się. Wsypałem mu garść monet do rąk. Nie zdołałem wygrać ale okazało się potem, że ów jegomość zwyczajnie zakosił mi kilka metalowych pieniążków! Oczywiście nie mając odwagi upomnieć się do starszego o swoje, zwyczajnie opuściłem lokal. Chłopak do dnia dzisiejszego mieszka w mojej miejscowości i czasami widując go na ulicy momentalnie powracają tamte niemiłe wspomnienia, heh.


Rezygnacja ze szkolnej stołówki, która odpłatnie serwowała bułki i herbatę była na porządku dziennym. W ten sposób zaoszczędzone co dzień parę złociszy w zupełności wystarczało aby skopać tyłki w Pit Fighter choćby w kilku początkowych levelach. Zdarzało się również, że jakiekolwiek kieszonkowe pozwalały na odwiedzanie baru w późnych godzinach popołudniowych lub wczesnym rankiem w weekendy. Mimo obczajenia najdogodniejszych pór dnia w których miejscówka świeciła pustkami, nigdy moje umiejętności nie pozwoliły mi na to aby ukończyć bijatykę. Najczęściej brakowało zwyczajnie kasy na żetony lub przeszkodą okazywała się któraś z zaimplementowanych postaci, która skutecznie rozpracowywała moją taktykę.

 
Jednak nigdy nie oznacza zawsze. Pewnego wieczoru tata zrobił mi taki prezent, że przeszedł on moje najskrytsze oczekiwania! Lokal był czynny do godziny 22:00. Szef baru był znajomym mojego ojca a tata znając moją pasję nieoczekiwanie zabrał mnie tam tuż po zamknięciu miejscówki! Dla mnie jako dzieciaka było to coś fantastycznego! Do końca życia nie zapomnę uczucia kolosalnej fascynacji kiedy dowiedziałem się, że automat należy dzisiejszej nocy tylko i wyłącznie do mnie!



Właściciel ponabijał całe mnóstwo żetonów ale i to nie wystarczyło abym spokojnie ukończył produkcję Atari Games. Pamiętam jeden moment przy końcu gry kiedy wykorzystałem wirtualne życia i zaczęło się końcowe odliczanie. Właściciel lokalu dosłownie w ostatniej chwili załadował kontynuację i takim oto sposobem zaliczyłem jeden z pierwszych tytułów w mojej historii grania!!! Klimat wszechogarniającej ciszy i pustki dodawał wtedy enigmatycznego klimatu a do moich uszu dochodziły jedynie urywane głosy konwersujących.


BOHATEROWIE 

 
Do wyboru mamy jednego z trzech osiłków. Każdy z nich posiada atak specjalny i wyróżnia się czymś szczególnym. „TY” to mistrz kickboxingu. Ma niezłą rzeźbę i wyprowadza - głownie w powietrzu - szaleńcze ataki nogami, następstwem czego jest okrzyk wieńczący sukces. Chodzenie na rękach nie stanowi dla niego wyzwania. 

Napakowany „BUZZ” straszy posturą. Jest zapaśnikiem i kiedy dopadnie ofiarę to rzuca nią jak mało kto. Jego ruchy są trochę ociężałe. Po każdej efektownej kombinacji ciosów chwali się swoją muskulaturą. 

Z kolei „KATO” ma trzeci stopień czarnego pasa. Posiada mega szybkość w rękach i stosuje przeróżne kombosy. Po udanej akcji wyje z zachwytu w specyficznej postawie. Paleta zagrań wszystkich zawodników była pokaźna i zróżnicowana przez co walki wyglądały na wybitnie emocjonujące i widowiskowe!!!


Odpowiednie wykorzystanie umiejętności poszczególnych "fajterów" w ulicznych pojedynkach, wiązało się 
z zastosowaniem trafnego timingu i wyczucia. Kod hulał dość płynnie, czasami nieznacznie gubiąc klatki.

PRZECIWNICY
W pierwszej misji ścieramy się z grubasem w masce, który przypomina poniekąd szaleńców z popularnych wrestlingów. Kolo ma lekką nadwagę, mimo tego świeci nienaganną muskulaturą. Przyodziany jest 
w obcisłe spodnie i lekkie, wysokie obuwie. W walce najczęściej używa nóg ale wysokość kopnięcia pozostawia sporo do życzenia. Na bliższą odległość lepiej z nim w szranki nie stawać, ponieważ przy wykorzystaniu swoich grubych rąk i cielska potrafi nieźle nabruździć. Gość groźnie wyglądający z racji nałożonej maski.


Runda druga pozwala nam spróbować swoich sił z luzakiem i cwaniaczkiem w dresach, odzianego 
w koszulkę prezentującą jego niebanalną pracę na siłowni. Murzyn specyficznie stawia kroki i całkiem nieźle opanował sztukę władania kończynami górnymi. Przy obraniu nie najlepszej przez nas taktyki potrafi nieźle wkurzyć przez co walka z nim może przybrać negatywny wydźwięk i stać się bardzo wymagająca. Irytować mogą także jego teksty kierowane pod naszym adresem kiedy oberwiemy. Użycie noża czy skrzyni odkrywa przed nami dostępne patenty i możliwości rozgrywki. 


Co kilka rund następował przerywnik w postaci walki ze swoim sobowtórem lub rozwałka otoczenia na czas! W obydwu przypadkach po efektywnych uderzeniach otrzymywaliśmy sporą ilość kasy. 



Ceremonia wręczania gotówki przy użyciu charakterystycznych dźwięków, odbywała się na wózku widłowym, który już na zawsze pozostanie dla mnie symbolem tej fenomenalnej bijatyki!!!



Kolejny level to starcie z agresywną i skąpo ubraną kobietą rodem z domów rozkoszy, hehe. Miłośniczka sportów walki lubuje się w niezwykle efektownym czesaniu przewrotów i używa w pojedynkach wszystkiego co znajdzie pod ręką. Szczególnie ostrych narzędzi, takich jak noże i ośmioramienne gwiazdy czyli coś 
w stylu happa-shuriken, ekwipunku prawdziwego ninja. Pani atakuje z zaskoczenia a uderzenie 
z obcasa do przyjemnych nie należy. Rękami i nadgarstkami naszpikowanymi ostrzami, także potrafi zadać niezwykle skuteczny cios.


Następna walka to pojedynek oko w oko z postawnym jegomościem z tatuażami na rękach, który pewnie pozostawił przed barem swojego harleya i wpadł uzupełnić procenty. Aby życie było kolorowe, zapewne wyzwał nas na pojedynek. Skórzany bezrękawnik, dżinsy z grubym pasem, buty za kostkę i chusta na głowie, to specyficzna część garderoby niejednego szaleńca na dwóch kółkach. Ręce miał krótsze od naszego czarnoskórego rywala ale za to o wiele bardziej wyrzeźbione w okolicy bicepsów i ramion. Ciosy zadawał nie byle jakie, o czym mogliśmy się przekonać kiedy dzierżony przez niego w dłoniach kij lądował na naszej skórze. W jego przypadku o codziennej gimnastyce nie mogło być mowy, bowiem kopnięcia były może i dość szybkie ale powyżej pasa już nie sięgały. Barowe krzesła roztrzaskiwały się na głowach walczących aż miło.


W piątej odsłonie po raz pierwszy faktycznie czuć było ogromny strach! Kolos miał na sobie slipy 
i łańcuchy. Był od nas o dwie głowy wyższy i już na sam widok przeciwnicy mieli pełne portki! Jego znak firmowy sprowadzał się do unoszenia rywala i duszenia go w powietrzu, oraz zadawania niespodziewanego ciosu z tak zwanego „miśka”. W finałowej walce wyskakiwała para takich olbrzymów, którzy urywali się z łańcuchów!


Potem stawaliśmy w szranki z gościem, który pewnie ledwo co wysiadł z pociągu, wracając z bliżej nieokreślonego koncertu heavy metalowego. Napakowany muzyczną adrenaliną rzucił wyzwanie. Metalowiec imponował niecodzienną fryzurą i ciemnymi okularami oraz dolną częścią garderoby, która zmysłowo połyskiwała bez użycia koncertowych efektów świetlnych. W ruch szły nawet kubły na śmieci.


Na swojej drodze napotykaliśmy także wojskowego, który z wyglądu poniekąd przypominał Hitlera. Glany, szara koszulka i moro spodnie ukrywały całkiem dobrego i wytrenowanego zawodnika. Upór i charakter wyćwiczony podczas pobytu na służbie zaprocentował niezwykłą odwagą i umiejętnościami wydostania się z trudnej sytuacji.


W późniejszej fazie rozgrywki niektóre postacie zaczynały się powtarzać. Były jedynie inaczej ubrane. Dla przykładu „czarny kolo” wskoczył w zielone portki i żółtą koszulkę bez rękawów.

W końcowej rozgrywce wyskakiwał wysoki i barczysty człowiek w metalowej masce, wzorowany po części na Vegę z kultowego Street Fightera. Miał na sobie szelki i kilka zdobniczych elementów, trochę lateksu 
i coś na kształt kozaków. Czasem wymawiał szeptem naszą klęskę. 


Wiadomą sprawą jest, że jako ostatni boss był najupierdliwszym jegomościem spośród wszystkich lejących się w Pit Fighter. Ostatecznie zostajemy nowym mistrzem i w towarzystwie dwóch lasek i potężnego zastrzyku „zielonych”, cieszymy się z sukcesu. Otrzymujemy także stosowną notkę o tym, że zwycięzcy nie biorą narkotyków. Szybki wpis, porównanie rekordów i możemy zaczynać zabawę od początku.


Atari Studios oferowało również emocjonującą zabawę w kooperacji z kumplami! Wtedy na planszy znajdowało się więcej przeciwników i gra traciła trochę na płynności, jednak całość prezentowała się całkiem przyzwoicie. W rogu ekranu umieszczone paski ukazywały aktualny stan zdrowia pojedynkujących się.


Niesamowicie natomiast zmieniało się i nabierało gigantycznego kolorytu coraz bardziej interaktywne otoczenie! Chociażby ciskanie w oponenta motorem było nie lada pomysłowym i efektownym posunięciem!!! Kije, noże, krzesła, kubły, beczki, nieśmiertelność (zawodnik migał) i inne aktywne elementy dodawały rozgrywce niebanalnego zabarwienia! Publiczność niezwykle żywiołowo reagowała i dopingowała. Niektóre osoby potrafiły nawet wyjść z tłumu i dźgnąć nożem lub uderzyć walczącego albo wyrzucić zawodnika 
z powrotem na arenę! W tamtych czasach był to dosłownie niesamowity patent!!!



Wygląd, mimika twarzy i poruszanie się zawodników to było doprawdy mistrzostwo świata!!! Postacie prezentowały się po prostu F-E-N-O-M-E-N-A-L-N-I-E!!! Środowisko przedstawiało dworce kolejowe, parkingi, przystań morską, karczmę, szczyt wieżowca czy ciemne zaułki miasta. 

W tle przygrywała świetnie dopasowana muzyka, która zagrzewała do działania. Zmysłowo przedstawiały się również dźwięki ciosów skutecznych i ostatecznych!


Produkcja pojawiła się na wielu sprzętach do gier, między innymi na Commodore 64, Amigę i SNES-a. Pit Figter był dla mnie nieskazitelny i pozbawiony wad. Zaskarbił moje serce maksymalnie i jest z pewnością jedną z najwspanialszych bijatyk w historii gier video!!!


Obecnie przejeżdżam lub przechodzę obok zamkniętego już lokalu każdego dnia i za każdym razem wzrok mimowolnie ucieka w stronę szerokiego budynku w którym już dawno ulotnił się papierosowy dym. Pozwalam umysłowi zatonąć na moment w pięknych, dziecięcych wspomnieniach a ogromna tęsknota tamtych chwil pozostanie w pamięci na zawsze.....

Dzisiaj dla młodego pokolenia graczy wydaje się to pewnie dziwne, ponieważ w obecnych czasach w zasadzie każdy posiada swój sprzęt do gier. Wtedy boom na salony gier to była po prostu inwazja graczy a lokale 
z automatami przeżywały prawdziwe oblężenie!!!


Bar „Rozdroże” w małopolskich Babicach zakończył prosperować jakiś czas temu. Jednak już pod koniec lat 90-tych moja stopa nie miała powodu aby przekroczyć próg tego wyjątkowego niegdyś miejsca. Piwo jak zwykle lało się tam strumieniami a stojący w drugim pomieszczeniu fliper i automaty do gier... ku mojej rozpaczy, zniknęły stamtąd na zawsze! Do teraz kręci się w oku łza kiedy wspominam tamte beztroskie 
i piękne momenty, które do końca życia pozostaną już nienaruszone. Teraz sala w budynku stoi ciemna, pusta i zapomniana a duchy tamtych czasów jeszcze do dziś chowają się pewnie po kątach............


MATEUSZ - SUKER - WĄTROBA

sobota, 31 października 2015

MUD: FIM Motocross World Championship – recenzja [PS3, X360, pc]


Tony błota, ryk silników i zażarta walka o każdy skrawek toru przy akompaniamencie mocnych, gitarowych brzmień. Ruszasz z „kopyta” czy zostajesz na starcie?


Z dostępnych trybów rozgrywki twórcy przygotowali standardowo mistrzostwa oraz niezwykle wciągający tryb kariery. Oczywiście pojedynczy wyścig i walka z czasem to nic szczególnego, tak samo jak zabawa w której gość zamykający stawkę żegna się z wyścigiem. Opcja na odrębnych arenach pozwala czesać akrobacje i pobijać ustanowione rekordy. W Mud World Tour gromadzimy pieniądze i odblokowujemy bonusowe trasy, akcesoria, triki i motocyklistów. Rzeczy do odkrycia jest całkiem pokaźna ilość 
i przynajmniej na początku MUD oferuje dość sporo i zachęca rozbudową oraz wachlarzem ujawnionych opcji. 


Z kolei Monster Energy FIM Motocross of Nations to uczta dla koneserów gatunku. Ogromnym pozytywem, szczególnie dla maniaków tego sportu na pewno jest fakt, że do dyspozycji jest ponad 80 licencjonowanych zawodników, realistyczne tory i prawdziwe klasy pojazdów od MX1 po MX2! Potyczki sieciowe do wybitnych nie należą ale wskoczenie na tor z kumplami to zawsze przyjemna odskocznia od samotności. Przypuszczam, że na ten moment serwery już nie są aktywne.


Model jazdy to raczej prosta, arkadowa forma przekazu ale mnie osobiście nie przeszkadza. Crossa prowadzi się dość przyjemnie bez zbędnych udziwnień. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że nie każdemu taki model sterowania pojazdem przypadnie do gustu.


Na początku zmagań na torze wybieramy blok startowy. Nasz zawodnik energicznie porusza dłonią, która spoczywa na rączce od gazu. Możemy też zabrać udział w preludium do właściwego wyścigu. Kiedy wpadniemy już w sam środek „dwukołowych pojedynków”, autorzy proponują nam możliwość gospodarowania kilkoma energetykami, które po odpowiedniej aktywacji dają nam dodatkowego powera, zwiększającego czasowo moc naszego crossa. Kiedy wykonamy prawidłową, powietrzną ewolucję, motor również zwiększa chwilowo swoje centymetry sześcienne. Na umieszczonej w rogu ekranu grafice widnieje czas, który informuje gracza o stracie lub przewadze nad pozostałymi.


Podczas pokonywania niezliczonej ilości skrętów, zawodnik charakterystycznie wyciąga nogę w celu skuteczniejszego pokonania wirażu. To właśnie głównie umiejętne wchodzenie w zakręty są kluczem do zajęcia czołowej lokaty. Jeśli opanujemy sztukę sprytnego zaliczania łuków a prawidłowe wyskoki obdarzą nas dodatkową prędkością to możemy już walczyć z najlepszymi w tym fachu. 


Kierowanie motocyklem powinniśmy opanować dosłownie po kilku przejazdach. Sterowanie jest raczej przystępne i szybko przyswajalne. Kwestia zwycięstwa tkwi przede wszystkim w obraniu skutecznej taktyki na trasie. Owszem, możemy nie podejmować ryzyka i po wybiciu maszyny w powietrze wylądować najdelikatniej jak tylko się da. Otrzymamy wtedy małe przyspieszenie i obejdziemy się "smakiem szybkości", kosztem utrzymania motoru w ryzach. 


Jednak na wyższych poziomach trudności za taką nadmierną zachowawczość na pewno słono zapłacimy. Precyzyjne wybicie i odpowiedni timing uraczy nas dużym speedem ale łatwo o upadek więc nie raz staniemy przed dylematem czy aby warto walczyć o boosta i ryzykować kraksą czy utrzymać stałą prędkość i liczyć, że pozostałym również nie uda się ewolucja. Notabene konsolowym wehikułom dość często zdarza się zderzenie z podłożem ale musimy zatem pamiętać, że jeden błąd może kosztować sporą stratą.


Podczas jazdy motocykl skacze na nierównościach terenu a amortyzatory dobrze spełniają swoją rolę. Co warte wyartykułowania, doskonale czuć opór kiedy pojazd ciężko pracuje, pokonując wszelkiej maści strome podjazdy lub zatopi się nieznacznie w smakowicie utworzonych przez zawodników koleinach 
i wybojach. Deformacje nie występują na każdym odcinku. Wszystko zależy od aktualnie testowanego podłoża. Zaopatrzcie się w szmatkę, bowiem błoto wylatujące spod ciekawie wyglądających, zabrudzonych kół, osiada na ekranie naszego telewizora, hehe.


Małym nieporozumieniem jest według mnie restart sportowca kiedy lekko wyjedziemy za wyznaczoną trasę. Na dłuższą metę opisywany szczegół zaczyna nieźle irytować. Motor może wpaść w niekontrolowany poślizg dosłownie w każdej chwili przez co rywalizacja trzyma w napięciu do ostatniej bruzdy i należy do samego końca walczyć o triumf.


Także inny wyczynowiec niespodziewanie uderzając w nasz wehikuł może pozbawić nas zwycięstwa. Jednak obydwa opisywane tu aspekty nie zdarzają się nagminnie i dzięki temu nie frustrują i trafnie współpracują z całością.


Animacja jest raczej płynna i drastycznych cięć w tej kwestii nie uraczyłem. W aspekcie wizualnym odniosłem wrażenie, jakby produkcja studia MileStone bazowała na poprzednich generacjach 
konsol a mianowicie na silniku PlayStation 2, czego chluby jej zdecydowanie nie przynosi. Wygląd tras, motocyklistów i ich crossów jest znośny ale nie wybija się ponad przeciętność. Czasami ciemne, deszczowe chmury, koleiny i okolice ubrane w kilka intrygujących budowli oraz punktów widokowych tylko na kilka chwil spowodują, że nasz wzrok powędruje w ich kierunku. 


Szczerze, to wyjątkowo urzekł mnie jedynie widok kiedy w momencie zawiśnięcia wysoko w powietrzu mojego crossa, zobaczyłem w dole malutkie motorki pędzące jeden za drugim. Rozgrywka na trasie jest jednak tak zacięta, że wszyscy jadą w nieznacznych odległościach i w całym tym motorowym zamieszaniu nie sposób spokojnie się rozglądać. W przypadku tej produkcji to akurat dobrze. Opcja robienia zdjęć przykuje naszą uwagę jedynie chyba podczas większego karambolu. Zachowania śmiałków w kaskach i ich maszyn ścigających się w urozmaiconym środowisku oddają naturalność bliską realizmowi.


Jednym z najmocniejszych motywów gry jest bez wątpienia jej ścieżka muzyczna. Ciężkie, świetnie wpadające w ucho rytmy pasują wręcz idealnie do zaciętej rywalizacji na trasie. Mimo ogromnego pozytywu w kwestii dobrania według mnie jak najbardziej trafnych piosenek oczywistą rzeczą jest, że sam soundtrack sprawy nie załatwi i nie wyciągnie tej produkcji z mocno głębokiej pospolitości. Powiedzmy sobie otwarcie, że obecnie w tytułach o podobnym, sportowym zabarwieniu w zasadzie zawsze dźwięki są należycie wyselekcjonowane. Dodajmy do tego jeszcze pracę silników i dopingującą publikę a otrzymamy miłą dla ucha mieszankę.


Twórcy podczas trwania wyścigu zaimplementowali w swój kod sprawdzone wcześniej i obecnie standardowe już patenty, które niczym nas nie zaskakują i z pewnością wyć z zachwytu nie będziemy. Uważam, że też dawno wydany Trials Evolution, oferuje jednak więcej świeżości i raczej ciekawszą alternatywę dla miłośników dwóch kółek. 


MUD nie zawojował rynku gier video. Miłośnicy czystej symulacji, których temat dwóch kółek nie fascynuje niech nie zaprzątają sobie tą produkcją głowy. Gracze, którzy delektują się motorowym szaleństwem 
w każdym wydaniu mimo wszystko powinni choć na parę chwil posmakować opisywanego MUD-a. Lekki, arcadowy styl w połączeniu z bogatą licencją zapewne spowoduje, że odpalicie leciwe PS-Trójki 
i wskoczycie na motor szybciej niż Wam się wydaje a umiejętne pokonywanie zakrętów i powietrzne wojaże uwolnią Wam masę emocji.
                                                 

Tytuł: MUD: FIM Motocross World Championship
Platforma: PS3, Xbox 360, PC / testowaliśmy grę na PlayStation 3
Producent: Milestone
Wydawca: Black Bean Games
Wydawca PL: Galapagos
Data premiery w Polsce: 27 kwietnia 2012
PEGI: 16


OCENiAMY GRĘ: 6/10
                                                                                                       
                                                                                                             MATEUSZ-SUKER-WĄTROBA

niedziela, 4 sierpnia 2013

Pierwsze wrażenia z Ridge Racer Driftopia! [video]

Seria Ridge Racer od momentu zakręcenia się w czytnikach konsol po raz pierwszy, charakteryzowała się wprost fenomenalną porcją zabawy! Dziś wydaje się to mało prawdopodobne ale starsi wyjadacze doskonale pamiętają jak arcydzieło marki Namco było wtedy ikoną wyścigów arcade, robiącą świetną reklamę pierwszemu PlayStation.


Samochody posiadają system zniszczeń